Številke (odlomek) – Olga Tokarczuk,  prev. Sara Hočevar Mucić

 

Naslednja je 

 

Številka 224,

kjer je nastanjen japonski par

 

Tukaj sta že kar dolgo in v njuni sobi se počutim domačno. Vstajata zgodaj zjutraj, gotovo zato, da bi v neskončnost obiskovala muzeje, galerije, trgovine, pomnožila mesto v fotografijah, tiho in obzirno brzela po ulicah in odstopala sedeže na metroju.

Nameščena sta v elegantni dvoposteljni sobi. A zdi se, kot da ta sploh ne bi bila naseljena. Tu ni stvari, naključno razmetanih na komodi pod ogledalom. Ne uporabljata televizije niti radia, na medeninasti plošči s stikali ni prstnih odtisov. Tudi ni vode v kadi, kapljic na ogledalu, smetk na preprogi. Blazini ne ohranjata oblike njunih glav. Na mojo uniformo se ne prijemajo njuni izgubljeni črni lasje. In, kar je že prav zaskrbljujoče, tu ni niti vonja po njiju. Diši le po hotelu Capital.

Ob postelji vidim dva para sandal, čistih in snažnih, lepo poravnanih, za trenutek osvobojenih služenja stopalom. Ene velike, druge manjše. Na omarici leži vodnik, biblija vsakega turista, v kopalnici pa so razvrščene toaletne potrebščine – funkcionalne, diskretne. Zato samo preoblečem posteljo in pri tem naredim takšen nered, kot onadva v enem mesecu.

Kadar tu pospravljam, sem ganjena, ker me osuplja, da je mogoče obstajati na tak način, kot da te sploh ni. Posedim na robu postelje in vpijam to njuno odsotnost. Gane me tudi to, da Japonca vedno puščata skromno napitnino – lepo nastavljene kovance na blazini, ki jih moram vzeti. To je vrsta pisma, informacije. To je nekakšna naša korespondenca: puščata mi to napitnino, kot bi se opravičevala, da imam z njima tako malo dela, plačilo za odsotnost hrupa, za to, da se nista prilagodila temu kaosu naokoli. Skrbi ju, da me bo to morda razočaralo, razjezilo. Ta majhna napitnina je izraz njune hvaležnosti za to, da jima dopuščam biti tako, kot znata, tako, kot hočeta. Trudim se ceniti ta njun način srečevanja z mano – posteljo jima postiljam z ljubeznijo. Gladim blazine, božam rjuhe, ki jih nista zmožna pomečkati, kot bi bili njuni drobni telesi manj snovni od teles drugih.

 

To počnem počasi, svečano, čutim, da dajem. Topim se v dajanju; spozabljam se. Ljubkujem njuno sobo, nežno se dotikam stvari. In gotovo to čutita na svoji koži zdaj, ko z metrojem potujeta do naslednjega muzeja, na naslednjo odpravo v nerazpoznavno mesto. Pred očmi jima za trenutek vzcveti podoba hotelske sobe, nejasna otožnost, nenadna želja po vrnitvi,  a o meni niti sledu. Moja ljubezen, ki bi jo onadva gotovo imenovala sočutje, nima obraza, nima telesa v belo-rožnati uniformi. Napitnine torej ne puščata meni, temveč sobi, za njeno molčečno trajanje v prostranstvih sveta, za njeno stalnost v nikoli pojasnjeni nestalnosti.  Dva kovanca na blazini do večera ohranjata iluzijo, da take sobe obstajajo celo tedaj, ko jih nihče ne gleda. Dva kovanca le razblinjata močno prisotno bojazen – da svet obstaja samo, ko ga gledamo, sicer pa ničesar ni.

Tako sedim in vonjam hlad in praznino te sobe, polna spoštovanja do japonskega para, ki ga poznam samo prek nesnovne oblike stopal v zapuščenih sandalah.

Vendar moram ta hip oditi iz tega malega svetišča. To počnem potiho, kot bi vzdihovala, in se spustim do mednastropja, saj je ravno

 Čas za čaj

 

Olga Tokarczuk: Številke (1989) (odlomek)

zbirka kratkih zgodb Omara (Wydawnictwo Ruta, Wałbrzych 1998)

prev. Sara Hočevar Mucić

 

 

Numery (fragment) – Olga Tokarczuk

 

Następny jest

 

Numer 224,

w którym mieszka para Japończyków

 

Są tutaj dość długo i w ich pokoju czuję się znajomo. Wstają wcześnie rano, zapewne by w nieskończoność zwiedzać muzea, galerie, sklepy, zwielokrotniać miasto w fotografiach, przemykać cicho i grzecznie ulicami i ustępować miejsca w metrze.

Pokój, który zajmują, jest elegancką dwójką. Wygląda jednak, jakby nie był zamieszkany w jakimkolwiek sensie. Nic ma tu rzeczy zostawionych przez przypadek na komodzie pod lustrem. Nie używają telewizji ani radia, nie ma śladów palców na mosiężnej tablicy z przełącznikami. Nie ma też wody w wannie, kropelek na lustrze, paprochów na dywanie. Poduszki nie hołubią kształtu ich głów. Do mojego mundurka nie lgną ich pogubione czarne włosy. I, co już niepokoi, nie ma ich zapachów. Pachnie tylko hotel „Capital”.

Przy łóżku widzę dwie pary sandałów, czyste i schludne, porządnie ustawione, na chwilę zwolnione ze służby stopom. Jedne duże, drugie mniejsze. Na szafce leży prze-wodnik, biblia każdego turysty, a w łazience ułożone przybory toaletowe – funkcjonalne, dyskretne. Prześcielam więc tylko łóżko i robię przy tym tyle bałaganu co oni przez miesiąc.

Wzruszam się, kiedy tu sprzątam, bo zdumiewa mnie, że można być w sposób, jakby się w ogóle nie było. Przysiadam na krawędzi łóżka i chłonę tę ich nieobecność. Wzrusza mnie także to, że Japończycy zawsze zostawiają niewielki napiwek – porządnie ułożone monety na poduszce, które muszę wziąć. To rodzaj listu, informacji. To taka nasza korespondencja: oni mi ten napiwek, jakby przepraszali, że mnie tak mało sobą zajmują, opłata za brak zgiełku, że nie dostosowali się do tego chaosu wokół. Martwią się, że może mnie to rozczarować, rozgniewać. Ten mały napiwek jest wyrazem ich wdzięczności, że pozwalam im być tak, jak umieją, tak, jak chcą. Staram się docenić ten ich sposób spotykania się ze mną – ścielę im to łóżko z miłością. Wygładzam poduszki, pieszczę prześcieradła, których oni nie są w stanie pognieść, jakby ich drobne ciała były mniej materialne niż ciała innych.

Robię to wolno, z namaszczeniem, czuję, że daję. Rozpływam się w dawaniu; zapominam się w sobie. Pieszczę ich pokój, muskam czule rzeczy. I pewnie oni to czują na swojej skórze teraz, gdy jadą metrem do kolejnego muzeum, na następną wyprawę w nierozpoznawalne miasto. W oczach rozkwita im na chwilę obraz hotelowego pokoju, niejasna tęsknota, nagła chęć powrotu, lecz ani śladu mnie. Moja miłość, którą oni nazwaliby pewnie współczuciem, nie ma twarzy, nie ma ciała w biało-różowym mundurku. Zostawiają więc napiwek nie mnie, ale pokojowi, za jego milczące trwanie w przestrzeniach świata, za jego stałość w niczym nie wytłumaczonej niestałości. Dwie monety zostawione na poduszce przytrzymują do wieczora złudzenie, że takie pokoje istnieją nawet wtedy, gdy się na nie nie patrzy. Dwie monety rozwiewają jedynie istotny lęk – że świat istnieje tylko w patrzeniu na świat, a więcej nic nie ma.

Siedzę tak i wącham chłód i pustkę tego pokoju, pełna szacunku dla pary Japończyków, których znam tylko z niematerialnego kształtu stopy w opuszczonych sandałach.

Zaraz jednak muszę odejść z tej małej świątyni. Robię to cicho, jakbym wzdychała, i schodzę na półpiętro, bo właśnie jest

 Czas na herbatę

Olga Tokarczuk, Numery (1989) (fragment)

zbiór opowiadań Szafa (Wydawnictwo Ruta, Wałbrzych 1998)

 

Sara Hočevar Mucić,  University of Ljubljana

 Edited by: Nikolaj Jež, University of Ljubljana and Aleksandra Krasovec, Institute of Slavic Studies of the Russian Academy of Sciences

Schreiben Sie einen Kommentar

Ihre E-Mail-Adresse wird nicht veröffentlicht.